piątek, 16 sierpnia 2013

03. "W rezerwacie."

~*~
 
Przez następne dni próbowałam jakoś wyjaśnić z Harrym to jak się zachował, noi przede wszystkim czemu, jednak nie było go. Jakby wyparował.
Dziś jest już równo tydzień od kiedy chodzę do tej szkoły.
-Melody! Zejdź szybciutko na dół. - krzyknęła Daisy.
Gdyby zabijanie nie było grzechem zabiłabym ją nie zastanawiając się dłużej.
-Idę. - syknęłam.
W salonie siedział jakiś chłopak. Tak na oko w moim wieku i dziewczyna. Śliczna brunetka.
-Emmm, tato? Kto to...- nie skończyłam pytania, bo już mi odpowiedział.
-To jest Zayn, a to jego siostra Serena.
-Hej miło poznać. - rzuciłam i weszłam do kuchni. Zaraz za mną przyleciał mój tata.
-Co ty wyprawiasz? -spytał. Był bardzo zdenerwowany.
-Ja? Stoję. Nie widać?
-Nie obchodzą mnie jakieś twoje żarciki. Słuchaj, Serena i Zayn przyszli cię poznać.
-Ale po co? - spytałam głośniejszym tonem.
-Ich ojciec jest moim najlepszym przyjacielem, więc te dzieci są dla mnie jak rodzina. Musisz ich poznać, bo bardzo często będą tu przychodzili.
Zrobiłam smętną minę.
-Dobrze. - warknęłam i poszłam z powrotem do salonu.
Chłopak się do mnie miło uśmiechnął, za to dziewczyna. Nie mogłam rozgryść jej wyrazu twarzy. Dosiadłam się do Louisa i uważnie się im przyglądałam.
-Więc, Melody. Jak ci idzie w szkole? - spytała brunetka.
-Ona tak na serio?- szepnęłam do Lou. Chłopak lekko się uśmiechnął.
-Raczej tak. - wyszeptał.
-Dobrze. A wy gdzie się uczycie? - odpowiedziałam.
-W rezerwacie. - pierwszy raz usłyszałam głos chłopaka.
On sam był bardzo przystojny. Ciemne włosy i oczy świetnie komponowały się z jego ciemną skórą. Był śliczny. 
Dziewczyna też niczego sobie. Brunetka, szczupła.
Serena spojrzała na wyświetlacz telefonu i lekko szepnęła coś brunetowi.
-My będziemy musieli już lecieć. Sprawy rodzinne. - oznajmił brunet. - Jeśli tylko będziecie chcieli to zapraszamy do nas.
Brunetka przytaknęła i razem wyszli z domu.
-Fajni nie? - zaśmiał się Lou.
-No zajebiś...- nie skończyłam bo do salonu weszła Daisy.  - Bardzo fajni braciszku. - pogłaskałam szatyna po włosach i pobiegłam do swojego pokoju. Ja przysięgam, że ją zabije.
Ułożyłam się wygodnie na łóżku i rozmyślałam. Ciągle przed oczami miałam Harry'ego. Jego zielone, piękne oczy. Jego włosy.
Mam nadzieje, że się w nim nie zakochałam, bo dla niego widocznie nie jestem jakaś wyjątkowa. W sumie ten Zayn też nie jest zły.
Boże co ja gadam?
Jestem jak jakaś opętana.
Mam nadzieję, że szybko załatwię sprawę z panem Collins'em i wróce do normalnego życia. Nie mam zamiaru wdawać się w żadne romanse. Nie teraz.

~*~
-


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

02. "To rodzina Collins'ów"

~*~
 
Znów położyłam się w ubraniach. Myślałam, że do dzisiaj mi przejdzie, ale jeszcze bardziej się denerwowałam. Nawet zaczęłam obgryzać paznokcie.
-Melody. Wstawaj. - usłyszałam szept tuż obok mojego ucha. Szybko zerwałam się z na nogi. Chłopak zaczął się ze mnie śmiać.
-Louis! Co ty do cholery robisz w moim pokoju?! - wrzasnęłam.
-Przepraszam. Już sobie idę, tylko przypominam, że o siódmej masz być na dole.
-Wiem. - syknęłam i wypchnęłam go z pomieszczenia szczelnie je zamykając.
Wybrałam coś na dzisiaj i poszłam do łazienki. Jak już ubrałam na siebie wszystko i lekko się pomalowałam stwierdziłam, że wyglądam strasznie. Ale nie każdy rodzi się piękny. Cóż. Wyszłam sprawnie z łazienki i udałam się po moją torbę z książkami, a potem na dół.
Dziś nie zastałam tam stoickiego spokoju. Mój tata zawzięcie się kłócił z Daisy. Nie wiem czemu, ale byłam szczęśliwa, że krzyczą. Udałam się z niemym uśmieszkiem do kuchni, żeby coś zjeść. Chwyciłam banana i zjadłam. To wystarczy. Kątem oka ciągle obserwowałam Louisa, który jak zwykle czegoś zawzięcie szukał.
-Mamo, widziałaś mój tele...-nie zdążył powiedzieć, bo Daisy zgromiła go wzrokiem i wypchnęła z salonu. No nie ma co. Wyrzuciłam skórkę od owocu i już miałam zamykać drzwiczki, ale moim oczom ukazał się telefon. Serio? W śmietniku? Zerwałam trochę ręcznika papierowego i wyjęłam urządzenie.
-Louis? - zawołałam.
-No? - spytał i wszedł do kuchni.
-Tego szukasz? - zaśmiałam się pod nosem.
-A skąd ty....- znów nie dokończył, bo mu przerwano.
-Louis, czy ty już nie powinieneś jechać do szkoły? - do kuchni wpadła przeurocza Daisy. Już chciałam zareagować, ale chłopak złapał mnie za ręke i wyszliśmy z tego domu wariatów.
-Oni tak zawsze? - spytałam wsiadając do wielkiego Volvo Lou.
-Zawsze. - uśmiechnął się i również wsiadł.
Droga minęła nam na milczeniu. Zupełnej ciszy. Wsumie nie za bardzo mi to przeszkadzało. Lubiłam ciszę. Nagle samochód zatrzymał się pod wielkim, szarym budynkiem.
-Przeżyjesz. - powiedział i wyjął kluczyki ze stacyjki.
-Obawiam się, że nie. - jeszcze mocniej wwarłam w fotel. Nie miałam zamiaru wysiadać.
Szatyn wysiadł i otworzył mi drzwi.
-No daj spokój. Dasz radę. To tylko szkoła. - zakpił i zaczął mnie wyciągać z auta. Nie dałam się i zawzięcie się trzymałam. Chłopak musiał użyć ostatecznych środków i zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się jak jakaś opętana. W końcu udało mu się mnie wyciągnąć. - Idź i powal ich na kolana.
-A ty?
-Nie planuję dzisiaj iść.
-Proszę cie. Dzisiaj jest pierwszy dzień, a ciebie tam nie będzie? - spytałam zawiedziona.
-Przykro mi siostra. - powiedział z ironią. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Cały ten budynek mnie przerażał. Był taki nijaki.
Mogłam się spodziewać, że wszyscy będą się gapić. Nie, to nawet nie jest gapienie się, to jest wlepianie wzroku. Co ich tak odrażało, żeby do mnie podejść? Mój styl? Dobra, może nie jest przeciętny, ale czy tutaj też liczy się tylko wygląd? Moje rozmyślenia wyrwał ostry ból.
-Ałć. - pisnęłam. Ktoś mocno mnie popchnął, a ja jak ostatnia ofiara losu się przewróciłam.
-Tak strasznie cię przepraszam. Ja....ja naprawdę nie....nie chciałam. - jąkała się. Wstałam przy tym trochę otrzepując ubrania.
-Ważne, że przepraszasz. - syknęłam i wyminęłam blondynkę. Wydawało mi się, że należy do tej świty 'najfajniejszych'. No bo w końcu blondynka, drogie ubrania. To na pewno jedna z nich, a ja jakoś nie za bardzo się rwe, żeby posłuchać jakie buty sobie ostatnio kupiła we Francji czy gdzieś tam indziej. Znów szłam korytarzem. Ale nie dało się tak zwyczajnie. Trzeba było rzucać we mnie kulkami z papieru, podstawiać haki. Louis się przeliczył, to istne piekło.
Znalazłam numerek swojej szafki, po czym wszystko co zbędne do niej wrzuciłam.  No nic. Zostało mi tylko iść na pierwszą lekcję. Nie no serio? Biologia?
Zamknęłam mocno blaszane drzwiczki i poszłam pod sale biologiczną. Lekcja jeszcze się nie zaczęła, ale wszyscy byli już w środku. Przeszłam sprawnie obok tablicy omijając porozstawiane próbki czegoś tam i podeszłam do biurka nauczyciela.
-O. Witaj. Ty to pewnie - zerknął do dziennika. - Melody? Zgadza się?
-Tak, to ja. - prychnęłam.
Do klasy doszłam tylko ja. Można by było zapamiętać moje imię, szczególnie, że nie jest zwykłe jak na przykład imię Kate.  Mężczyzna  podał mi mój podręcznik i wskazał na wolne miejsce obok jakiegoś chłopaka.
- A więc dzisiaj będziemy obserwować zachowanie płazińców. - oznajmił nauczyciel i rozdał każdemu po jednej próbce. - Pracujecie w parach. - dodał.
No pięknie. Westchnęłam głośno i spojrzałam na bruneta. Miał na głowie loczki. Jego zielone oczy przeszywały mnie wzdłuż i wszerz, a dosyć spora dłoń zakrywała usta i nos. Coś mu było nie tak czy coś? Wyglądał jakby się dusił. Powąchałam swoją bluzkę. Pachniała normalnie. Czułam się okropnie. To było o milion razy gorsze od tego wyśmiewania się ze mnie na korytarzu. Przecież moje perfumy nie są aż tak wonące. A może jest uczulony czy coś? Było mi co najmniej głupio, jednak to nie zmieniało faktu, że chłopak był nieziemsko przystojny. No słowo daję, nigdy nie widziałam przystojniejszego.
Spojrzałam na niego wymownie. Ten jednak odwrócił wzrok do szyby. I co on niby tam oglądał? Deszcz? Drzewa? Wiem, parking.
Dosłownie sekundę przed dzwonkiem wstał od ławki, jakby nie mógł wytrzymać tego smrodu, którego w rzeczywistości nie było, tak, że gdy był przy drzwiach od klasy zadzwonił sygnał skończonej lekcji. Myślałam, żeby pójść za nim,ale chyba to zły pomysł.  Teraz był lunch. Niby fajnie.
Wzięłam sałatkę i wodę mineralną, po czym usiadłam przy wolnym stoliku. Dobrze, że wzięłam ze sobą książkę.
-" Oddech śmierci"? Nieźle. Który tom? - zapytała ta sama blondi, przez którą zaliczyłam glebę.
-Trzeci, a co? - syknęłam.
-Oj już nie bądź taka oschła. Przecież cie przeprosiłam. - dosiadła się.  - Mogę się dosiąść?
-Już to zrobiłaś. - zakpiłam.
-Przestań być taka. Wiem, że taka nie jesteś. - mówiła głośniejszym tonem.
-A skąd to niby wiesz? -uśmiechnęłam się z miną zażenowania.
-Znam się na ludziach, a ty jesteś sympatyczna. I z tego na co wygląda też jesteś vegetarianką. - zaśmiała się.
Nigdy nie poznałam aż tak towarzyskiej osoby. Mogłabym jej wsumie nawtykać, że to nie jej interes, ale potrzebuję przyjaciół. Odłożyłam tomiszcze na bok.
-Ty też? - spytałam.
- Od trzech lat.
-Tak jak ja. - zaśmiałam się.
-Jestem Sam, a ty?
-Melody.
-Fajne imię. -uśmiechnęła się.
Na stołówkę wkroczył ten tajemniczy brunet, a za nim jacyś inni ludzie.
-Kto to? - szepnęłam.
-To rodzina Collins'ów. -zachichotała. - Ten brunet to Harry. Jest singlem, ale nie szuka dziewczyny. Ta brunetka to Kathy, jest z Josh'em. -pokazywała palcem.  - Blondynka z różowymi końcami to Iris, jest naprawdę pokręcona, też jest singielką, a druga blondynka to Livie jest z Peter'em.
-Są rodziną?
-Adoptowane dzieci państwa Collins. Samo państwo Collins umarło jakoś ze trzy lata temu, a ich dzieci są razem. No, może oprócz Harry'ego i Iris. Oboje są naprawdę dziwni. - przygryzłam wargę i popatrzyłam jeszcze raz na chłopaka w lokach, a później na całą rodzinę. - Nie masz na co liczyć. Harry od lat nie miał dziewczyny.
-O czym ty....nie ja....
-Oj no. Każdej z nas się podoba. -machnęła ręką i zabrała się do jedzenia.

~*~

piątek, 9 sierpnia 2013

01. "Czy ktoś zmusił cię, lub kazał ci ze mną gadać?"

~*~
 
Jak na mnie wstałam bardzo wcześnie. Pomyślałam, że użycie prysznica nie byłoby złe. Problem w tym, że nie mam pojęcia gdzie jest. Siedem lat to szmat czasu, a ja miałam chyba prawo zapomnieć gdzie co jest, prawda? Tak czy inaczej postanowiłam jednak poszukać łazienki.
Chwyciłam swoją kosmetyczkę i ciuchy, po czym na palcach pomknęłam na korytarz. Najlepszą metodą jest po prostu wejście do wszystkich pomieszczeń, ale no cóż trochę się wstydzę.
-Nie masz wyboru, Mel. - wyszeptałam i lekko uchyliłam pierwsze drzwi na lewo. Trafiłam. Tak się ucieszyłam, że aż podskoczyłam z radości.
Po dosyć długim prysznicu i ogólnym ogarnięciu się wyszłam zadowolona z łazienki. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Na pewno do czasu, bo jeszcze nie zdążyłam zamienić zdania z rozkoszną i napchaną botoksem Daisy. Zabrałam się za częściowe rozpakowywanie, i rozpakowałabym wszystko gdyby nie to, że do mojego pokoju ktoś wszedł.
-H-hej. Słuchaj, wczoraj nie za bardzo poszła nam ta znajomość. I tak sobie myślę, że.....- chłopak strasznie się jąkał. Mogłabym przysiąc, że jest zupełnie inny niż wczoraj. Niestety musiałam mu przerwać.
-Czy ktoś zmusił cię, lub kazał ci ze mną gadać? - spytałam lekko poddenerwowana.
-Nie. Po prostu wczoraj chyba dałem plamę, a tak naprawdę jesteśmy rodzeństwem. Tak sobie myślę, że może gdzieś byśmy wyskoczyli? Jak brat i siostra. - uśmiechnął się pogodnie.
-Myślę, że nie jesteśmy rodzeństwem i nigdy nie będziemy, a co do wyjścia to też nie. Nie chcę litości, ani nic innego. - wybełkotałam niezrozumiale.
-A czy to jest litość? Ja się nie lituje, ja po prostu proponuję. - znów posłał mi uśmiech.
-Wiesz, myślę że innym razem na pewno. Może jak trochę lepiej cię poznam.
-No dobra. Chyba cie nie przekonam, co?
-No raczej nie. - uśmiechnęłam się w końcu. Chłopak dosyć posmutniał i wyszedł. Myślę,że za bardzo agresywnie go potraktowałam. Chłopak chciał tylko mnie lepiej poznać, a ja od razu na niego naskoczyłam. No cóż, czasu nie cofne.
Dochodziła już godzina ósma, a ja odczuwałam niezwłoczną potrzebę zjedzenia czegokolwiek. Wyszłam z pokoju i zeszłam majestatycznie po schodach, poprawiając włosy. Jak to w tych tandetnych filmach. Spodziewałam się, że zobaczę tam kogoś, ale ujrzałam pustkę. Zajrzałam do salonu, nic. Do kuchni, nic. Czyżby wszyscy gdzieś wyparowali?
Nagle usłyszałam huk zamykających się drzwi, a zza nich ujrzałam głowę nikogo innego jak tylko Louisa.
-Wiesz gdzie jest mój tata? - zapytałam.
-W pracy. Niektórzy ludzie pracują. - zaśmiał się.
-Pojechał tak wcześnie do pracy? - dopytywałam się.
-Tak. Zawsze tak jeździ. - nadal mi odpowiadał.
-A twoja mama? - ciąglę kontynuowałam.
-Również w pracy.  Masz jeszcze jakieś pytania? - uśmiechnął się szyderczo.
-Tak. Jest coś do jedzenia? - złapałam się za brzuch, który nie dawał mi na sekundę spokoju.
-Właściwie to dopiero moja mama miała robić zakupy, więc nic nie ma. Właśnie dlatego chciałem, żebyś ze mną poszła na miasto coś zjeść. - wyjaśniał powoli.
-Aha, więc dobrze. Pójdę. - skierowałam się do holu, po czym założyłam buty. - Nie idziesz? - zapytałam.
-Załóż jakąś bluzę. Jest zimno. - co on jest moją mamą? Zajrzałam do szafy i wyciągnęłam szarą bluzę z kapturem. Była nieco przyduża, ale wyglądałam nawet nieźle.
-Ona jest moja. - sprostował i stanął tuż obok mnie przy lustrze.
-Powiedziałeś jakąś bluzę, więc założyłam twoją. - wyszczerzyłam się.
-Idziemy. - uśmiechnął się i otworzył przede mną wielkie, dębowe drzwi.
-Dzięki.
Droga do restauracji nie zajęła nam dużo czasu, bo po niecałych dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Zajęliśmy wolny stolik i zamówiliśmy dania.
-Vegetarianka? - spytał.
-A co? Piszesz książke? - droczyłam się z nim.
-A nawet jeśli to co? - znów odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Vegetarianka. Od trzech lat.
-Wow. To kupa czasu. - jego wyraz twarzy zmienił się na wyraz podziwu.
-Chyba nic nie wiesz o czasie. - zakpiłam.
-Oh, a ty wiesz? - powiedział to tym samym tonem co ja. Tonem kpiny.
-Tak. Gdy moja mama umierała każdy moment, sekunda jej życia była dla mnie wszystkim, wszystkim co mam. Powiedz mi Lou, byłeś kiedyś zakochany?
-Czy ty właśnie zdrobniłaś moje imię? - spytał zaskoczony, ale odbiegał od tematu.
-Po prostu lepiej mi je wymawiać. - odburknęłam.
-Jasne. - powiedział z pogardą.
-No tak! - krzyknęłam. -A zresztą nadal nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Byłeś kiedyś zakochany?
-Nie. - oznajmił, a na jego policzki wkradł się rumieniec.
-Więc nie wiesz czym jest czas. - dodałam z tonem pełnym pogardy.
-Auć. - powiedział po czym obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem.
Bardzo go polubiłam. On jedyny umiał słuchać. Zauważał rzeczy jakich ja nie dostrzegałam, był inny. To tak jak ja. Ja też zawsze byłam takim odmieńcem pośród rówieśników. Czuję, że mógłby być moim bratem. Jednak zostaje jeden problem, jego mama. Nie to, że jej nienawidzę, bo nie umiem kogoś nienawidzić. Po prostu nie lubię ludzi sztucznych, którzy coś udają, a ona jest właśnie takim typem człowieka. Jak to możliwe, że Louis jest jej  synem?
Po dobrych dwóch godzinach wróciliśmy najedzeni i roześmiani do domu. I tak przeminął nam calutki dzień. Dziś Daisy wyjątkowo wybaczyłam i normalnie z nią rozmawiałam, ale nie lubiłam jej z całego serca. Gdy już miałam iść na górę ktoś mnie zatrzymał. Ten ktoś to był mój tatuś.
-Melody. Idziesz jutro do szkoły. - oznajmił. Zrobiłam wielkie oczy.
-Ale tato...książki i w ogóle....-zaczęłam się jąkać.
-Wszystko masz kupione.
-A plan? Przecież nie wiem co mam jutro.
-Twój brat wie. - spojrzał wymownie na Lou. Chłopak wstał i zabrał mnie na górę. Nadal cała w szoku usiadłam na materac chłopaka i schowałam twarz w dłonie.
-Przecież ja będę tam pośmiewiskiem. - zaczęłam dramatyzować, a po moich policzkach spłynęły pierwsze łzy.
-Czemu masz nim być? Przecież jesteś bardzo fajna. Na pewno znajdziesz jakąś przyjaciółkę. - pocieszał mnie chłopak zawzięcie czegoś szukając.
-Czego szukasz? - spytała ocierając policzki.
-Mojego planu. - oznajmił zamyślony. - O MAM! - krzyknął, po czym podał mi kartkę z przedmiotami.  - To są twoje, a to moje książki. - pokazał na MEGA wielką stertę podręczników.
-Spokojnie, dasz radę. - powtarzałam po cichu.
-Ja wiem, że dasz radę. - uśmiechnął się, po czym chwycił książki i przeniósł wszystko do mojego pokoju. Nawet dostałam własną torbę. Myślałam, że już wszystko będę musiała z nim dzielić.
-Daj spokój. Jak nikogo nie znajdziesz, to podejdź na przerwie do mnie. I już. Po kłopocie. - prychnął. - Jutro jedziesz ze mną,więc bądź gotowa o siódmej, okej?
-Tak,tak. - wybełkotałam zamyślona. Chłopak podszedł i objął mnie ramieniem.
-Spokojnie. Możesz liczyć na swojego brata. - uśmiechnął się i wyszedł z pokoju pozostawiając mnie roztrzęsioną i złą i  BARDZO przerażoną.
 
~*~

Prolog

~*~
Śmierć mamy to najgorsze co każdy może przeżyć, i naprawdę nikomu tego nie życzę. Tego bólu nawet nie da się określić. Bardzo ją kochałam, ale każda chwila spędzona z nią, w szpitalu była jeszcze bardziej bolesna niż stracenie jej. Codziennie siedziałam tam i patrzyłam jak z każdą chwilą staje się coraz słabsza. I te nieprzespane noce, napuchnięte oczy od płaczu. To wszystko mnie przerastało. Pod koniec jej życia sama wyglądałam jak trup, a to nie ja tu umierałam.
-Mel! Spakowałaś się już?
-Tak, ciociu! Już schodzę! - krzyknęłam i ruszyłam na dół. Wszystkie moje rzeczy zapakowałam do wielkiego bagażnika od Toyoty mojej chrzestnej i ruszyłyśmy do Exeter. Małego miasteczka przy obrzeżach Wielkiej Brytanii. Tam miałam mieszkać aż do tego momentu, gdy będę gotowa sama mieszkać. Jeszcze raz odwróciłam się i zerknęłam na żółty domek. Uśmiechnęłam się pod nosem. Żółty to był ulubiony kolor mamy. Doskonale pamiętam jak go razem malowałyśmy. Mama uznała, że tak będzie zabawniej.
-Kochana. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda? - znów z rozmyśleń wyrwał mnie donośny głos cioci. Już drugi raz nie pozwoli mi pomyśleć.
-Tak ciociu, wiem. - spojrzałam na dosyć poddenerwowaną kobietę. - Czemu się tak denerwujesz? - zaśmiałam się delikatnie.
-Boję się o ciebie. Nie rozmawiałaś z tatą już od ponad siedmiu lat. - potarła nerwowo czoło.
-Ale czego masz się bać? Przecież to jest mój tata, a nie obcy człowiek. Spokojnie ciociu. - potarłam ręką o jej ramię. Ona zawsze taka była. Zawsze się wszystkim denerwowała i to zupełnie niepotrzebnie, dlatego to właśnie z tatą chce zamieszkać. Gdybym zamieszkała z Aną to moje życie byłoby kontrolowane na każdym kroku, więc zrezygnowałam.
Po niecałych dwóch godzinach dojechałyśmy na miejsce. Dom taty wyglądał nieco inaczej niż siedem lat temu. No,ale czego ja się spodziewałam? Że zawsze będzie wyglądał tak samo? Westchnęłam głośno i wysiadłam z auta. Z domu wybiegł radosny mężczyzna. Spojrzałam na niego wryta. Wyglądał zupełnie inaczej niż siedem lat temu. Był wesoły, pełny życia. Jakby już zapomniał o tym, że jego żona, z którą ma dziecko SE MUA niedawno umarła.
-Ale wyrosłaś. - podszedł do mnie bliżej. Odetchnęłam i mocno się do niego przytuliłam.  - Pokażę ci twój pokój, dobrze? -oderwał się i wziął moje wszystkie torby. Podążyłam za nim, nadal czujna. Gdzieś tam jest ta wywłoka, przez którą moja mama miała niezłego doła. Weszłam powoli po schodach, po czym do jednego z pomieszczeń. Nie było one moim, ale z ciekawości weszłam głębiej. Moim oczom ukazało się ogromne łóżko i dwie szafy. Na stoliku nocnym stało zdjęcie. Westchnęłam. Był na nim mój tata i ONA. Chwyciłam za ramkę i skierowałam dołem do stolika, dzięki czemu nie musiałam tego oglądać. Rozejrzałam się bardziej po pokoju. Coś białego mignęło mi przed oczami. Podeszłam bliżej komody i zobaczyłam test ciążowy. Pozytywny, z tego co mi się wydaje. Odkaszlnęłam i wyszłam stamtąd szybkim tempem.
-Chyba się trochę zgubiłaś. - zaśmiał się czyjś głos tuż za mną. Nie wydawało mi się, że to mój tata, więc obróciłam się jak najszybciej. Przede mną stał niezłej postury szatyn.
-A ty to kto? - spytałam z przerażeniem w oczach.
-A ty? -odpowiedział pytaniem na pytanie. Do przedpokoju wkroczyła TA kobieta.
-O, ty to pewnie Melody. - uśmiechnęła się.
-Tak. -odparłam oschle spoglądając na kobietę z zażenowaniem.
-To jest mój syn, Louis. - odparła, po czym założyła na chłopaka ramię. Chwileczkę. Syn?!
-Tutaj jesteś, skarbie. - do towarzystwa dołączył tata. - Poznałaś już Daisy i jej syna?
-Tak, tato. Zdążyłam poznać. - posłałam mu jedno z moich najgroźniejszych spojrzeń. - Bardzo miło mi was poznać. Jestem Melody. - uśmiechnęłam się i odeszłam. Na razie to tutaj nie zapowiada się za miło. Jeszcze ten Louis. Yhhhh.
Zatrzasnęłam drzwi od mojego pokoju i głośno westchnęłam. Usiadłam na dosyć sporym łóżku i zasnęłam.
~*~