~*~
Jak na mnie wstałam bardzo wcześnie. Pomyślałam, że użycie prysznica nie byłoby złe. Problem w tym, że nie mam pojęcia gdzie jest. Siedem lat to szmat czasu, a ja miałam chyba prawo zapomnieć gdzie co jest, prawda? Tak czy inaczej postanowiłam jednak poszukać łazienki.
Chwyciłam swoją kosmetyczkę i ciuchy, po czym na palcach pomknęłam na korytarz. Najlepszą metodą jest po prostu wejście do wszystkich pomieszczeń, ale no cóż trochę się wstydzę.
-Nie masz wyboru, Mel. - wyszeptałam i lekko uchyliłam pierwsze drzwi na lewo. Trafiłam. Tak się ucieszyłam, że aż podskoczyłam z radości.
Po dosyć długim prysznicu i ogólnym ogarnięciu się wyszłam zadowolona z łazienki. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Na pewno do czasu, bo jeszcze nie zdążyłam zamienić zdania z rozkoszną i napchaną botoksem Daisy. Zabrałam się za częściowe rozpakowywanie, i rozpakowałabym wszystko gdyby nie to, że do mojego pokoju ktoś wszedł.
-H-hej. Słuchaj, wczoraj nie za bardzo poszła nam ta znajomość. I tak sobie myślę, że.....- chłopak strasznie się jąkał. Mogłabym przysiąc, że jest zupełnie inny niż wczoraj. Niestety musiałam mu przerwać.
-Czy ktoś zmusił cię, lub kazał ci ze mną gadać? - spytałam lekko poddenerwowana.
-Nie. Po prostu wczoraj chyba dałem plamę, a tak naprawdę jesteśmy rodzeństwem. Tak sobie myślę, że może gdzieś byśmy wyskoczyli? Jak brat i siostra. - uśmiechnął się pogodnie.
-Myślę, że nie jesteśmy rodzeństwem i nigdy nie będziemy, a co do wyjścia to też nie. Nie chcę litości, ani nic innego. - wybełkotałam niezrozumiale.
-A czy to jest litość? Ja się nie lituje, ja po prostu proponuję. - znów posłał mi uśmiech.
-Wiesz, myślę że innym razem na pewno. Może jak trochę lepiej cię poznam.
-No dobra. Chyba cie nie przekonam, co?
-No raczej nie. - uśmiechnęłam się w końcu. Chłopak dosyć posmutniał i wyszedł. Myślę,że za bardzo agresywnie go potraktowałam. Chłopak chciał tylko mnie lepiej poznać, a ja od razu na niego naskoczyłam. No cóż, czasu nie cofne.
Dochodziła już godzina ósma, a ja odczuwałam niezwłoczną potrzebę zjedzenia czegokolwiek. Wyszłam z pokoju i zeszłam majestatycznie po schodach, poprawiając włosy. Jak to w tych tandetnych filmach. Spodziewałam się, że zobaczę tam kogoś, ale ujrzałam pustkę. Zajrzałam do salonu, nic. Do kuchni, nic. Czyżby wszyscy gdzieś wyparowali?
Nagle usłyszałam huk zamykających się drzwi, a zza nich ujrzałam głowę nikogo innego jak tylko Louisa.
-Wiesz gdzie jest mój tata? - zapytałam.
-W pracy. Niektórzy ludzie pracują. - zaśmiał się.
-Pojechał tak wcześnie do pracy? - dopytywałam się.
-Tak. Zawsze tak jeździ. - nadal mi odpowiadał.
-A twoja mama? - ciąglę kontynuowałam.
-Również w pracy. Masz jeszcze jakieś pytania? - uśmiechnął się szyderczo.
-Tak. Jest coś do jedzenia? - złapałam się za brzuch, który nie dawał mi na sekundę spokoju.
-Właściwie to dopiero moja mama miała robić zakupy, więc nic nie ma. Właśnie dlatego chciałem, żebyś ze mną poszła na miasto coś zjeść. - wyjaśniał powoli.
-Aha, więc dobrze. Pójdę. - skierowałam się do holu, po czym założyłam buty. - Nie idziesz? - zapytałam.
-Załóż jakąś bluzę. Jest zimno. - co on jest moją mamą? Zajrzałam do szafy i wyciągnęłam szarą bluzę z kapturem. Była nieco przyduża, ale wyglądałam nawet nieźle.
-Ona jest moja. - sprostował i stanął tuż obok mnie przy lustrze.
-Powiedziałeś jakąś bluzę, więc założyłam twoją. - wyszczerzyłam się.
-Idziemy. - uśmiechnął się i otworzył przede mną wielkie, dębowe drzwi.
-Dzięki.
Droga do restauracji nie zajęła nam dużo czasu, bo po niecałych dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Zajęliśmy wolny stolik i zamówiliśmy dania.
-Vegetarianka? - spytał.
-A co? Piszesz książke? - droczyłam się z nim.
-A nawet jeśli to co? - znów odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Vegetarianka. Od trzech lat.
-Wow. To kupa czasu. - jego wyraz twarzy zmienił się na wyraz podziwu.
-Chyba nic nie wiesz o czasie. - zakpiłam.
-Oh, a ty wiesz? - powiedział to tym samym tonem co ja. Tonem kpiny.
-Tak. Gdy moja mama umierała każdy moment, sekunda jej życia była dla mnie wszystkim, wszystkim co mam. Powiedz mi Lou, byłeś kiedyś zakochany?
-Czy ty właśnie zdrobniłaś moje imię? - spytał zaskoczony, ale odbiegał od tematu.
-Po prostu lepiej mi je wymawiać. - odburknęłam.
-Jasne. - powiedział z pogardą.
-No tak! - krzyknęłam. -A zresztą nadal nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Byłeś kiedyś zakochany?
-Nie. - oznajmił, a na jego policzki wkradł się rumieniec.
-Więc nie wiesz czym jest czas. - dodałam z tonem pełnym pogardy.
-Auć. - powiedział po czym obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem.
Bardzo go polubiłam. On jedyny umiał słuchać. Zauważał rzeczy jakich ja nie dostrzegałam, był inny. To tak jak ja. Ja też zawsze byłam takim odmieńcem pośród rówieśników. Czuję, że mógłby być moim bratem. Jednak zostaje jeden problem, jego mama. Nie to, że jej nienawidzę, bo nie umiem kogoś nienawidzić. Po prostu nie lubię ludzi sztucznych, którzy coś udają, a ona jest właśnie takim typem człowieka. Jak to możliwe, że Louis jest jej synem?
Po dobrych dwóch godzinach wróciliśmy najedzeni i roześmiani do domu. I tak przeminął nam calutki dzień. Dziś Daisy wyjątkowo wybaczyłam i normalnie z nią rozmawiałam, ale nie lubiłam jej z całego serca. Gdy już miałam iść na górę ktoś mnie zatrzymał. Ten ktoś to był mój tatuś.
-Melody. Idziesz jutro do szkoły. - oznajmił. Zrobiłam wielkie oczy.
-Ale tato...książki i w ogóle....-zaczęłam się jąkać.
-Wszystko masz kupione.
-A plan? Przecież nie wiem co mam jutro.
-Twój brat wie. - spojrzał wymownie na Lou. Chłopak wstał i zabrał mnie na górę. Nadal cała w szoku usiadłam na materac chłopaka i schowałam twarz w dłonie.
-Przecież ja będę tam pośmiewiskiem. - zaczęłam dramatyzować, a po moich policzkach spłynęły pierwsze łzy.
-Czemu masz nim być? Przecież jesteś bardzo fajna. Na pewno znajdziesz jakąś przyjaciółkę. - pocieszał mnie chłopak zawzięcie czegoś szukając.
-Czego szukasz? - spytała ocierając policzki.
-Mojego planu. - oznajmił zamyślony. - O MAM! - krzyknął, po czym podał mi kartkę z przedmiotami. - To są twoje, a to moje książki. - pokazał na MEGA wielką stertę podręczników.
-Spokojnie, dasz radę. - powtarzałam po cichu.
-Ja wiem, że dasz radę. - uśmiechnął się, po czym chwycił książki i przeniósł wszystko do mojego pokoju. Nawet dostałam własną torbę. Myślałam, że już wszystko będę musiała z nim dzielić.
-Daj spokój. Jak nikogo nie znajdziesz, to podejdź na przerwie do mnie. I już. Po kłopocie. - prychnął. - Jutro jedziesz ze mną,więc bądź gotowa o siódmej, okej?
-Tak,tak. - wybełkotałam zamyślona. Chłopak podszedł i objął mnie ramieniem.
-Spokojnie. Możesz liczyć na swojego brata. - uśmiechnął się i wyszedł z pokoju pozostawiając mnie roztrzęsioną i złą i BARDZO przerażoną.
~*~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz