~*~
Znów położyłam się w ubraniach. Myślałam, że do dzisiaj mi przejdzie, ale jeszcze bardziej się denerwowałam. Nawet zaczęłam obgryzać paznokcie.
-Melody. Wstawaj. - usłyszałam szept tuż obok mojego ucha. Szybko zerwałam się z na nogi. Chłopak zaczął się ze mnie śmiać.
-Louis! Co ty do cholery robisz w moim pokoju?! - wrzasnęłam.
-Przepraszam. Już sobie idę, tylko przypominam, że o siódmej masz być na dole.
-Wiem. - syknęłam i wypchnęłam go z pomieszczenia szczelnie je zamykając.
Wybrałam coś na dzisiaj i poszłam do łazienki. Jak już ubrałam na siebie wszystko i lekko się pomalowałam stwierdziłam, że wyglądam strasznie. Ale nie każdy rodzi się piękny. Cóż. Wyszłam sprawnie z łazienki i udałam się po moją torbę z książkami, a potem na dół.
Dziś nie zastałam tam stoickiego spokoju. Mój tata zawzięcie się kłócił z Daisy. Nie wiem czemu, ale byłam szczęśliwa, że krzyczą. Udałam się z niemym uśmieszkiem do kuchni, żeby coś zjeść. Chwyciłam banana i zjadłam. To wystarczy. Kątem oka ciągle obserwowałam Louisa, który jak zwykle czegoś zawzięcie szukał.
-Mamo, widziałaś mój tele...-nie zdążył powiedzieć, bo Daisy zgromiła go wzrokiem i wypchnęła z salonu. No nie ma co. Wyrzuciłam skórkę od owocu i już miałam zamykać drzwiczki, ale moim oczom ukazał się telefon. Serio? W śmietniku? Zerwałam trochę ręcznika papierowego i wyjęłam urządzenie.
-Louis? - zawołałam.
-No? - spytał i wszedł do kuchni.
-Tego szukasz? - zaśmiałam się pod nosem.
-A skąd ty....- znów nie dokończył, bo mu przerwano.
-Louis, czy ty już nie powinieneś jechać do szkoły? - do kuchni wpadła przeurocza Daisy. Już chciałam zareagować, ale chłopak złapał mnie za ręke i wyszliśmy z tego domu wariatów.
-Oni tak zawsze? - spytałam wsiadając do wielkiego Volvo Lou.
-Zawsze. - uśmiechnął się i również wsiadł.
Droga minęła nam na milczeniu. Zupełnej ciszy. Wsumie nie za bardzo mi to przeszkadzało. Lubiłam ciszę. Nagle samochód zatrzymał się pod wielkim, szarym budynkiem.
-Przeżyjesz. - powiedział i wyjął kluczyki ze stacyjki.
-Obawiam się, że nie. - jeszcze mocniej wwarłam w fotel. Nie miałam zamiaru wysiadać.
Szatyn wysiadł i otworzył mi drzwi.
-No daj spokój. Dasz radę. To tylko szkoła. - zakpił i zaczął mnie wyciągać z auta. Nie dałam się i zawzięcie się trzymałam. Chłopak musiał użyć ostatecznych środków i zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się jak jakaś opętana. W końcu udało mu się mnie wyciągnąć. - Idź i powal ich na kolana.
-A ty?
-Nie planuję dzisiaj iść.
-Proszę cie. Dzisiaj jest pierwszy dzień, a ciebie tam nie będzie? - spytałam zawiedziona.
-Przykro mi siostra. - powiedział z ironią. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Cały ten budynek mnie przerażał. Był taki nijaki.
Mogłam się spodziewać, że wszyscy będą się gapić. Nie, to nawet nie jest gapienie się, to jest wlepianie wzroku. Co ich tak odrażało, żeby do mnie podejść? Mój styl? Dobra, może nie jest przeciętny, ale czy tutaj też liczy się tylko wygląd? Moje rozmyślenia wyrwał ostry ból.
-Ałć. - pisnęłam. Ktoś mocno mnie popchnął, a ja jak ostatnia ofiara losu się przewróciłam.
-Tak strasznie cię przepraszam. Ja....ja naprawdę nie....nie chciałam. - jąkała się. Wstałam przy tym trochę otrzepując ubrania.
-Ważne, że przepraszasz. - syknęłam i wyminęłam blondynkę. Wydawało mi się, że należy do tej świty 'najfajniejszych'. No bo w końcu blondynka, drogie ubrania. To na pewno jedna z nich, a ja jakoś nie za bardzo się rwe, żeby posłuchać jakie buty sobie ostatnio kupiła we Francji czy gdzieś tam indziej. Znów szłam korytarzem. Ale nie dało się tak zwyczajnie. Trzeba było rzucać we mnie kulkami z papieru, podstawiać haki. Louis się przeliczył, to istne piekło.
Znalazłam numerek swojej szafki, po czym wszystko co zbędne do niej wrzuciłam. No nic. Zostało mi tylko iść na pierwszą lekcję. Nie no serio? Biologia?
Zamknęłam mocno blaszane drzwiczki i poszłam pod sale biologiczną. Lekcja jeszcze się nie zaczęła, ale wszyscy byli już w środku. Przeszłam sprawnie obok tablicy omijając porozstawiane próbki czegoś tam i podeszłam do biurka nauczyciela.
-O. Witaj. Ty to pewnie - zerknął do dziennika. - Melody? Zgadza się?
-Tak, to ja. - prychnęłam.
Do klasy doszłam tylko ja. Można by było zapamiętać moje imię, szczególnie, że nie jest zwykłe jak na przykład imię Kate. Mężczyzna podał mi mój podręcznik i wskazał na wolne miejsce obok jakiegoś chłopaka.
- A więc dzisiaj będziemy obserwować zachowanie płazińców. - oznajmił nauczyciel i rozdał każdemu po jednej próbce. - Pracujecie w parach. - dodał.
No pięknie. Westchnęłam głośno i spojrzałam na bruneta. Miał na głowie loczki. Jego zielone oczy przeszywały mnie wzdłuż i wszerz, a dosyć spora dłoń zakrywała usta i nos. Coś mu było nie tak czy coś? Wyglądał jakby się dusił. Powąchałam swoją bluzkę. Pachniała normalnie. Czułam się okropnie. To było o milion razy gorsze od tego wyśmiewania się ze mnie na korytarzu. Przecież moje perfumy nie są aż tak wonące. A może jest uczulony czy coś? Było mi co najmniej głupio, jednak to nie zmieniało faktu, że chłopak był nieziemsko przystojny. No słowo daję, nigdy nie widziałam przystojniejszego.
Spojrzałam na niego wymownie. Ten jednak odwrócił wzrok do szyby. I co on niby tam oglądał? Deszcz? Drzewa? Wiem, parking.
Dosłownie sekundę przed dzwonkiem wstał od ławki, jakby nie mógł wytrzymać tego smrodu, którego w rzeczywistości nie było, tak, że gdy był przy drzwiach od klasy zadzwonił sygnał skończonej lekcji. Myślałam, żeby pójść za nim,ale chyba to zły pomysł. Teraz był lunch. Niby fajnie.
Wzięłam sałatkę i wodę mineralną, po czym usiadłam przy wolnym stoliku. Dobrze, że wzięłam ze sobą książkę.
-" Oddech śmierci"? Nieźle. Który tom? - zapytała ta sama blondi, przez którą zaliczyłam glebę.
-Trzeci, a co? - syknęłam.
-Oj już nie bądź taka oschła. Przecież cie przeprosiłam. - dosiadła się. - Mogę się dosiąść?
-Już to zrobiłaś. - zakpiłam.
-Przestań być taka. Wiem, że taka nie jesteś. - mówiła głośniejszym tonem.
-A skąd to niby wiesz? -uśmiechnęłam się z miną zażenowania.
-Znam się na ludziach, a ty jesteś sympatyczna. I z tego na co wygląda też jesteś vegetarianką. - zaśmiała się.
Nigdy nie poznałam aż tak towarzyskiej osoby. Mogłabym jej wsumie nawtykać, że to nie jej interes, ale potrzebuję przyjaciół. Odłożyłam tomiszcze na bok.
-Ty też? - spytałam.
- Od trzech lat.
-Tak jak ja. - zaśmiałam się.
-Jestem Sam, a ty?
-Melody.
-Fajne imię. -uśmiechnęła się.
Na stołówkę wkroczył ten tajemniczy brunet, a za nim jacyś inni ludzie.
-Kto to? - szepnęłam.
-To rodzina Collins'ów. -zachichotała. - Ten brunet to Harry. Jest singlem, ale nie szuka dziewczyny. Ta brunetka to Kathy, jest z Josh'em. -pokazywała palcem. - Blondynka z różowymi końcami to Iris, jest naprawdę pokręcona, też jest singielką, a druga blondynka to Livie jest z Peter'em.
-Są rodziną?
-Adoptowane dzieci państwa Collins. Samo państwo Collins umarło jakoś ze trzy lata temu, a ich dzieci są razem. No, może oprócz Harry'ego i Iris. Oboje są naprawdę dziwni. - przygryzłam wargę i popatrzyłam jeszcze raz na chłopaka w lokach, a później na całą rodzinę. - Nie masz na co liczyć. Harry od lat nie miał dziewczyny.
-O czym ty....nie ja....
-Oj no. Każdej z nas się podoba. -machnęła ręką i zabrała się do jedzenia.
~*~
Mogłam się spodziewać, że wszyscy będą się gapić. Nie, to nawet nie jest gapienie się, to jest wlepianie wzroku. Co ich tak odrażało, żeby do mnie podejść? Mój styl? Dobra, może nie jest przeciętny, ale czy tutaj też liczy się tylko wygląd? Moje rozmyślenia wyrwał ostry ból.
-Ałć. - pisnęłam. Ktoś mocno mnie popchnął, a ja jak ostatnia ofiara losu się przewróciłam.
-Tak strasznie cię przepraszam. Ja....ja naprawdę nie....nie chciałam. - jąkała się. Wstałam przy tym trochę otrzepując ubrania.
-Ważne, że przepraszasz. - syknęłam i wyminęłam blondynkę. Wydawało mi się, że należy do tej świty 'najfajniejszych'. No bo w końcu blondynka, drogie ubrania. To na pewno jedna z nich, a ja jakoś nie za bardzo się rwe, żeby posłuchać jakie buty sobie ostatnio kupiła we Francji czy gdzieś tam indziej. Znów szłam korytarzem. Ale nie dało się tak zwyczajnie. Trzeba było rzucać we mnie kulkami z papieru, podstawiać haki. Louis się przeliczył, to istne piekło.
Znalazłam numerek swojej szafki, po czym wszystko co zbędne do niej wrzuciłam. No nic. Zostało mi tylko iść na pierwszą lekcję. Nie no serio? Biologia?
Zamknęłam mocno blaszane drzwiczki i poszłam pod sale biologiczną. Lekcja jeszcze się nie zaczęła, ale wszyscy byli już w środku. Przeszłam sprawnie obok tablicy omijając porozstawiane próbki czegoś tam i podeszłam do biurka nauczyciela.
-O. Witaj. Ty to pewnie - zerknął do dziennika. - Melody? Zgadza się?
-Tak, to ja. - prychnęłam.
Do klasy doszłam tylko ja. Można by było zapamiętać moje imię, szczególnie, że nie jest zwykłe jak na przykład imię Kate. Mężczyzna podał mi mój podręcznik i wskazał na wolne miejsce obok jakiegoś chłopaka.
- A więc dzisiaj będziemy obserwować zachowanie płazińców. - oznajmił nauczyciel i rozdał każdemu po jednej próbce. - Pracujecie w parach. - dodał.
No pięknie. Westchnęłam głośno i spojrzałam na bruneta. Miał na głowie loczki. Jego zielone oczy przeszywały mnie wzdłuż i wszerz, a dosyć spora dłoń zakrywała usta i nos. Coś mu było nie tak czy coś? Wyglądał jakby się dusił. Powąchałam swoją bluzkę. Pachniała normalnie. Czułam się okropnie. To było o milion razy gorsze od tego wyśmiewania się ze mnie na korytarzu. Przecież moje perfumy nie są aż tak wonące. A może jest uczulony czy coś? Było mi co najmniej głupio, jednak to nie zmieniało faktu, że chłopak był nieziemsko przystojny. No słowo daję, nigdy nie widziałam przystojniejszego.
Spojrzałam na niego wymownie. Ten jednak odwrócił wzrok do szyby. I co on niby tam oglądał? Deszcz? Drzewa? Wiem, parking.
Dosłownie sekundę przed dzwonkiem wstał od ławki, jakby nie mógł wytrzymać tego smrodu, którego w rzeczywistości nie było, tak, że gdy był przy drzwiach od klasy zadzwonił sygnał skończonej lekcji. Myślałam, żeby pójść za nim,ale chyba to zły pomysł. Teraz był lunch. Niby fajnie.
Wzięłam sałatkę i wodę mineralną, po czym usiadłam przy wolnym stoliku. Dobrze, że wzięłam ze sobą książkę.
-" Oddech śmierci"? Nieźle. Który tom? - zapytała ta sama blondi, przez którą zaliczyłam glebę.
-Trzeci, a co? - syknęłam.
-Oj już nie bądź taka oschła. Przecież cie przeprosiłam. - dosiadła się. - Mogę się dosiąść?
-Już to zrobiłaś. - zakpiłam.
-Przestań być taka. Wiem, że taka nie jesteś. - mówiła głośniejszym tonem.
-A skąd to niby wiesz? -uśmiechnęłam się z miną zażenowania.
-Znam się na ludziach, a ty jesteś sympatyczna. I z tego na co wygląda też jesteś vegetarianką. - zaśmiała się.
Nigdy nie poznałam aż tak towarzyskiej osoby. Mogłabym jej wsumie nawtykać, że to nie jej interes, ale potrzebuję przyjaciół. Odłożyłam tomiszcze na bok.
-Ty też? - spytałam.
- Od trzech lat.
-Tak jak ja. - zaśmiałam się.
-Jestem Sam, a ty?
-Melody.
-Fajne imię. -uśmiechnęła się.
Na stołówkę wkroczył ten tajemniczy brunet, a za nim jacyś inni ludzie.
-Kto to? - szepnęłam.
-To rodzina Collins'ów. -zachichotała. - Ten brunet to Harry. Jest singlem, ale nie szuka dziewczyny. Ta brunetka to Kathy, jest z Josh'em. -pokazywała palcem. - Blondynka z różowymi końcami to Iris, jest naprawdę pokręcona, też jest singielką, a druga blondynka to Livie jest z Peter'em.
-Są rodziną?
-Adoptowane dzieci państwa Collins. Samo państwo Collins umarło jakoś ze trzy lata temu, a ich dzieci są razem. No, może oprócz Harry'ego i Iris. Oboje są naprawdę dziwni. - przygryzłam wargę i popatrzyłam jeszcze raz na chłopaka w lokach, a później na całą rodzinę. - Nie masz na co liczyć. Harry od lat nie miał dziewczyny.
-O czym ty....nie ja....
-Oj no. Każdej z nas się podoba. -machnęła ręką i zabrała się do jedzenia.
~*~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz